Eksperci o przyszłości śląskiej kultury. Czy potrzebujemy systemowego wsparcia?

W sobotę 26 września w Domu Kultury w Gostyni odbyła się debata na temat przyszłości śląskiej kultury, w tym zwłaszcza literatury i języka, w której udział wzięły osoby na co dzień zajmujące się Górnym Śląskiem. Spotkanie odbyło się w ramach festiwalu kulturalnego „Fto my sōm?” i przyniosło kilka istotnych wniosków.

Optymiści kontra pesymiści
Przyczynkiem do dyskusji stała się kwestia zasadności trwającego od co najmniej kilku lat zachwytu nad rozkwitem szeroko rozumianej śląskiej literatury i sztuki.

Pod moderatorską opieką politologa Tomasza Słupika, na oczach pozytywnie nastawionej do przyszłości publiczności, doszło do swego rodzaju konfrontacji stanowisk optymistów, realistów i pesymistów, których połączyła rozmowa na temat potencjału ewentualnego wsparcia dla śląskiej kultury ze strony instytucji państwowych – jeśli kiedyś udałoby się ją uzyskać w ramach ustawy, która nie zostanie zawetowana przez Prezydenta RP.

Optymiści uzupełnili dyskusję o konkretne pomysły na to, jak doraźnie rekompensować brak pełnej pomocy instytucjonalnej, a głosy publiczności wskazały na inicjatywy realizowane obecnie przez samorządy czy polskie media publiczne.

W trakcie godzinnej dyskusji, która miała miejsce w sali widowiskowej DK Gostyń, usłyszeliśmy mocny, akademicki głos związanego na co dzień z Katowicami profesora Jerzego Gorzelika; obszerną relację na temat śląskiego rynku wydawniczego Pejtra Długosza – reprezentanta rejonu Opola; twardą ocenę rzeczywistości widzianą z perspektywy urodzonego w Gliwicach muzeologa Leszka Jodlińskiego; oraz budujące relacje ze Śląska Cieszyńskiego, którymi podzieliła się pisarka Karin Lednická.

Śląska kultura jest na fali
Debata w Gostyni miała miejsce w momencie, w którym mieszkańcy Mikołowa czy Pszczyny nie muszą ukrywać swojego pochodzenia i są z niego dumni.

Działo się to w czasie, gdy monodram „Mianujom mie Hanka” w wykonaniu Grażyny Bułki – powstały na podstawie tekstu śp. Alojzego Lyski – wypełniał nie tylko repertuar Teatru Korez, ale też poprawił oglądalność Teatru Telewizji. Szczepan Twardoch, jeden z najważniejszych współczesnych polskich pisarzy i wielokrotny finalista Nagrody Literackiej Nike, otwarcie deklarował swoją narodowość, a ważne tematy tożsamościowe były poruszane w reportażach Zbigniewa Rokity (laureata podwójnej Nike za „Kajś”).

Był to okres, w którym duże wydawnictwa promowały twórczość coraz liczniejszych śląskich autorów, a śląskie historie i pejzaże zaistniały na małym i dużym ekranie oraz w streamingu, trafiając coraz śmielej do odbiorców z całego świata – przykładem może być choćby serial historyczny „Ołowiane dzieci” czy wydany niedawno serial kryminalny „Pionek” z plenerami nagranymi m.in. w Łaziskach Górnych. Swoje zrobiły też takie zespoły jak „Frele” czy „Oberschlesien”, których piosenki trafiały do radia i telewizji.

Co więcej, tożsamość śląska zadomowiła się także w marketingu. Największy ogólnopolski konkurent katowickiego Banku Śląskiego (jedynego dużego banku z centralą położoną poza Warszawą) przeprowadził dwa lata wcześniej głośną kampanię z hasłami: „poradzicie szporować”, „na feryjach mocie szpas” czy „niy fandzolicie”, które zwieńczono polskim dopiskiem o podwójnie pozytywnym znaczeniu: „my to rozumiemy”.

Relacja z debaty w Gostyni


Uczestnicy – w kolejności, w jakiej zabierali głos:

Debatę poprowadził dr Tomasz Słupik
– politolog, pracownik Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego1.


Tomasz Słupik rozpoczął dyskusję od prowokacyjnego pytania o kondycję Górnego Śląska: dlaczego jest tak dobrze, skoro jednak jest źle? Czy moda na śląską kulturę nie jest jedynie „chwilową euforią” i „przebudzeniem”, które w dłuższej perspektywie okaże się bańką, zamiast realnym wzmocnieniem śląskiej tożsamości?

Jak dodał, z jednej strony regionalna kultura przeżywa obecnie prawdziwy rozkwit: śląski głos stał się słyszalny również na poziomie ogólnopolskim, zaś „dobre samopoczucie śląskiej społeczności” utrwalają kolejne sukcesy – choćby rosnąca liczba publikacji wydawanych po śląsku i o Śląsku, czego dowodem są dzieła Szczepana Twardocha czy obecnej w Gostyni Karin Lednickiej.

Z drugiej, jak następnie wskazał (również jako politolog i komentator życia politycznego w Polsce), za fasadą tego wyraźnego kulturowego rozkwitu śląskości, czy dokładniej górnośląskości, kryje się wyraźny kryzys: w sensie politycznym ruch śląski uległ „skarleniu” (to nawiązanie m.in. do braku reprezentacji organizacji typowo regionalnych w sejmiku i władzach województwa śląskiego: Ruchu Autonomii Śląska czy wywodzącej się z tej organizacji Śląskiej Partii Regionalnej).

Konsolidacja przez kulturę
Jako pierwszy głos zabrał Jerzy Gorzelik, który na wstępie wskazał, że wartość kultury rzadko da się sprowadzić do sukcesu finansowego czy liczby sprzedanych egzemplarzy.

Dla przykładu podał, że pierwszy tom „Krzywego kościoła” – który stał się inspiracją do dyskusji w Gostyni – osiągnął w Czechach (kraju ludnościowo mniejszym od Polski, ale z wyższym wskaźnikiem czytelnictwa) sprzedaż na poziomie 200 tys. egzemplarzy, co jest ogromnym sukcesem. Podobną sprzedaż na większym rynku polskim notuje Szczepan Twardoch, który również pisze o Śląsku, jednak o ile jego powieść „Król”, osadzona w realiach typowo warszawskich, sprzedała się w nakładzie ok. 300 tys. egzemplarzy, tak jego najbardziej śląski „Drach” osiągnął wynik poniżej 100 tysięcy.

Dodał, że naturalnie większą siłę przebicia mają dzieła pisane w językach o dużym zasięgu, które mogą trafić do znacznie szerszego grona niż dzieło napisane po śląsku lub w dużej części po śląsku. Niemniej dla historyka sztuki kluczowym wskaźnikiem pozostaje wydajność kultury, czyli jej zdolność do podtrzymywania tożsamości grupowej.

Następnie pan profesor wskazał, że jego zdaniem śląska kultura, w tym literatura, funkcjonuje w pewnej bańce. Na poziomie ogólnopolskim trafia dziś głównie do wąskiej grupy osób – co wynika m.in. z niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce. Jednak wśród osób czytających, czy korzystających z oferty teatrów, a tym samym bardziej otwartych na świat i jego różnorodność, śląskość znajduje posłuch ze względu na bliskie im wartości, np. indywidualistyczne patrzenie na historię „od dołu” czy nostalgię za utraconym światem, którego sami niekoniecznie musieli doświadczyć, jak przy lekturze „Krzywego kościoła”. To buduje akceptację dla śląskich postulatów poza regionem, ale – jak podkreślił – w ograniczonym stopniu, ze względu na liczebność tej grupy.

Na poziomie wewnętrznym – jak wskazał następnie – brakuje wspólnego języka porozumienia i zakorzenionego kodu kulturowego, abyśmy jako cała wspólnota mogli odwoływać się do podobnych sensów i doświadczeń. Dlatego, aby śląska kultura efektywnie skonsolidowała samych Ślązaków, konieczne jest stworzenie zinstytucjonalizowanego kanonu, np. na wzór lektur szkolnych (silnie oddziałujących na środowisko osób kształcących się w szkołach podstawowych i średnich), który wykreowałby wspólne schematy myślenia.

To jednak – jak ujął to w podsumowaniu – nie jest już wyłącznie kwestią samej kultury, lecz również twardej polityki, która decyduje o tym, jakie kierunki działań wspierać.


Następnie prowadzący podzielił się krótkim komentarzem, odnosząc się do kwestii osób w Polsce należących do grupy czytających książki.

Wskazał, że środowiska lewicowo-liberalne w Polsce (dla przykładu: tygodnik „Krytyka Polityczna” i redaktor Sławomir Sierakowski), mimo że teoretycznie mają na sztandarach postulaty zbieżne z oczekiwaniami Ślązaków, przez lata często ignorowały Górny Śląsk, poszukując inspiracji regionalnych gdzie indziej, choćby na Mazurach.

Z kolei w kwestii budowania wspólnego kodu kulturowego przywołał historyczny przykład Niemiec z XVIII i XIX wieku, gdzie elity intelektualne i filozoficzne stworzyły swego czasu swoisty „think tank” z udziałem m.in. Fichtego czy Goethego, by w dobie kryzysu zdefiniować nowoczesny naród niemiecki właśnie poprzez kulturę.

Jak następnie podkreślił, wskazuje to, że bez wypracowania silnych i trwałych nośników tożsamości, śląskość może stać się jedynie „językową skamieliną”, a Ślązacy dołączą do grona narodów zapomnianych, o których pamiętają już tylko specjaliści.

Pytanie brzmi: czy Ślązacy są dziś w stanie w podobny sposób stworzyć spójny, dalekosiężny projekt tożsamościowy, czy też zadowolą się jedynie powierzchownym sukcesem? Wskazując na Pejtra Długosza z wydawnictwa Silesia Progress, prowadzący postawił pytanie o ostateczny efekt tych działań za trzy lub cztery dekady.


Dla młodych status języka śląskiego jest oczywisty
Pejter Długosz, który nie tylko sprzedaje, ale również z powodzeniem wydaje książki napisane po śląsku (każdy, kto kupował publikacje w tym języku lub interesował się śląską literaturą, musiał trafić na Silesia Progress), odniósł się najpierw do pierwszego pytania, przedstawiając perspektywę mieszkańca części Górnego Śląska z rejonu Opola.

Na początku zauważył, że podczas gdy w okolicach Katowic „śląska wiosna” rozpoczęła się w latach 2010-2012, to w okolicach Opola proces ten ruszył później. Obecnie jednak również tam pojawiają się lokalni autorzy tworzący w języku śląskim.

Następnie, chcąc wyraźnie podkreślić to, co zmieniło się w ciągu ostatnich 15 lat, wskazał, że kiedy w 2012 roku wydawnictwo Silesia Progress wydawało książkę po śląsku, było to duże wydarzenie medialne, bo nie działo się to często. Dziś wydawanie książek po śląsku i o Śląsku stało się normą. Zwłaszcza że do gry o rynek, dotąd wypełniany w całości przez publikacje Silesia Progress, włączyły się też największe ogólnopolskie wydawnictwa, takie jak Znak, Czarne czy Wydawnictwo Literackie, publikując poczytne i głośne tytuły – okazało się bowiem, że są czytelnicy, którzy chcą czytać po śląsku.

W tę zmianę – jak następnie wskazał – wpisała się bez wątpienia zmiana pokoleniowa. Wyjaśnił, że z tego, co obserwuje, dla młodych ludzi status języka śląskiego i śląskości jest oczywisty, funkcjonuje on po prostu jak każdy inny. I ten poziom świadomości stał się już trwałym dorobkiem, któremu nikt nie jest w stanie zaszkodzić, to już się dokonało. Nie ma już też przekonania, że umiejętność godania trzeba wyssać z mlekiem matki, bo młodzi wiedzą, że po prostu można się tego języka nauczyć i może to zrobić każdy, kto tylko chce.

Następnie wskazał, że choć ten ogromny postęp daje powody do satysfakcji, warto zapytać o trwałość tego zjawiska: czy ten obecny „boom” i dynamika rozwoju nie okażą się jedynie „przysłowiowym ostatnim podrygiem” przed nieuchronnym załamaniem?


Brak wsparcia systemowego doprowadzi do wymarcia
Jednoznacznie sceptycznie do poruszanych w trakcie debaty kwestii odniósł się – co podkreślił już na wstępie – Leszek Jodliński, dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach w latach 2008–2013. To za jego kadencji tworzono m.in. wystawę stałą dla nowej siedziby muzeum (w okresie, gdy województwem śląskim współrządzili przedstawiciele Ruchu Autonomii Śląska, którzy w 2010 roku wśród mieszkańców Gostyni zdobyli 28,7% głosów do Sejmiku, pokonując dwie największe partie ogólnopolskie2).

Jak przekazał, jego zdaniem przekonanie o sukcesie i odrodzeniu regionalnym jest jedynie iluzoryczną bańką, za którą kryje się brak realnej sprawczości i brak spójnego pomysłu na rozwój śląskości w przyszłości.

Zauważył, że przykładem tego są takie inicjatywy jak Rada Języka Śląskiego czy Śląski Stół w Teatrze Śląskim3, które w jego ocenie nie przynoszą realnych zmian ani nie wykazują sprawczości. Jako ostrzeżenie przywołał przypadek innych języków mniejszościowych (np. wilamowskiego), które w obliczu zmian demograficznych i braku systemowej ochrony prędzej czy później zostają skazane na powolne wymieranie – nawet mimo ogromnego zaangażowania ich użytkowników.

Następnie zwrócił uwagę na brak konkretnych działań prawnych, w tym choćby ustawowej ochrony unikalnego krajobrazu kulturowego Górnego Śląska – poprzemysłowych hałd i pejzażu (przyznał, że o tej idei przypomniał sobie w drodze do Gostyni). Wskazał, że to nam powinno najbardziej zależeć na wprowadzeniu takich regulacji, zanim będzie za późno i ten krajobraz zniknie na zawsze.

Ekspert poddał też w wątpliwość poczucie jedności regionalnej, przypominając, że pojęcie Górnego Śląska ulega ciągłemu rozmywaniu. Dzieje się tak m.in. przez sztuczne podziały administracyjne (rozbicie historycznego obszaru Górnego Śląska w Polsce na dwa województwa), nieprecyzyjne nazewnictwo (województwo śląskie pod względem terytorialnym jest śląskie tylko z nazwy, na czym jako region historyczny traci również Zagłębie Dąbrowskie) czy próby kreowania sztucznej tożsamości metropolitalnej w ramach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Z tym ostatnim zjawiskiem pan dyrektor Jodliński spotkał się w tym roku podczas Metropolitan Design Week (w tym miejscu zwrócił uwagę na angielski tytuł wydarzenia odbywającego się na Śląsku).

Wspomniał też o sytuacji, w której podczas badań fokusowych prowadzonych na potrzeby Muzeum Śląskiego okazało się, że włodarze dwóch górnośląskich miast nie mieli świadomości, iż ich miejscowości leżą na Górnym Śląsku.

Wskazał również, jako praktyk, na stałe występowanie państwowego „mrożenia” śląskich dążeń, narzucanego przez politykę historyczną państwa, co objawia się przez brak wsparcia dla języka śląskiego (np. wetowana przez Prezydenta RP ustawa o języku śląskim) czy takich symboli jak „Rok Górnośląski”, który mógłby zostać ustanowiony przez Sejm RP. Jednocześnie przestrzegł przed upraszczaniem samej tożsamości śląskiej czy ściślej górnośląskiej, bo jak wskazał, nie jest ona monolitem i wymaga szacunku dla różnorodnych korzeni, od polskich, przez pruskie i niemieckie, po tradycje lokalne.

Następnie Leszek Jodliński zaznaczył, że pokolenie, do którego należy wraz z Jerzym Gorzelikiem i Pejtrem Długoszem, wykonało swoją pracę 15–20 lat temu, a obecny czas wymaga od Ślązaków zupełnie nowego języka komunikacji.

Ekspert zakończył wypowiedź stwierdzeniem, że obecny stan rzeczy w żadnym wypadku nie powinien wywoływać samozadowolenia, bo bez realnych narzędzi prawno-instytucjonalnych ze strony państwa, Śląsk stale ryzykuje utratę swojego dziedzictwa.


O śląskim pejzażu rozmawiano w Pradze
Prowadzący oddał następnie głos Karin Lednickiej, czeskiej pisarce, autorce trylogii „Krzywy kościół”, z którą rozmawiał godzinę wcześniej w ramach spotkania autorskiego w Gostyni4, pytając ją o postrzeganie śląskości z perspektywy czeskiej części Śląska (tłumaczenie z češtiny na język polski zapewniła Anna Radwan-Żbikowska, tłumaczka, bohemistka i pasjonatka literatury).

W ramach odpowiedzi pisarka podzieliła się na początku własną refleksją na temat ochrony śląskiego pejzażu, o której wspomniał jej przedmówca Leszek Jodliński. Jak przekazała, w związku z wydaną przez nią książką otrzymała swego czasu zaproszenie na ogólnokrajowe sympozjum o krajobrazie w Pradze, gdzie mogła zaprezentować śląską specyfikę w tym właśnie zakresie – co już było dla niej pozytywnym sygnałem, nawet mimo pojawienia się w trakcie rozmów pewnej metafory, poprzez którą poprzemysłowy Śląsk i jego wartość krajobrazową opisano jako „pacjenta pozszywanego rurami ciepłowniczymi”.

Pisarka zastrzegła następnie, że nie chce stawiać się w roli „wielkiej wojowniczki o śląskość”, gdyż walka w pojedynkę przekracza możliwości jednej osoby (jak wyjaśniła w trakcie spotkania autorskiego, śląskie inicjatywy w Czechach mają bardzo małą siłę przebicia, zwłaszcza w porównaniu z tym, czym śląskość jest w Polsce). Prowadzi jednak własne, codzienne potyczki. Dla przykładu reaguje stanowczo za każdym razem, gdy ktoś błędnie przypisuje jej twórczość do „północnych Moraw”, zamiast do Śląska.

Odnosząc się z kolei nieco konkretniej do postawionego przez prowadzącego pytania, wskazała, że choć czeski Śląsk boryka się z brakiem systemowego wsparcia, to konsekwentna praca u podstaw oraz obecność śląskiej perspektywy w debatach ogólnokrajowych przynoszą powolne, ale zauważalne efekty.

Magazyn pamięci o śląskiej kulturze
Następnie głos ponownie zabrał profesor Jerzy Gorzelik, który wskazał, że publikacje takie jak trylogia Karin Lednickiej pojawiają się w krytycznym dla Śląska momencie, w czasie przechodzenia od jednej formy pamięci zbiorowej do drugiej.

Opierając się na pojęciach naukowych, wyjaśnił następnie mechanizm, od którego zależy przyszłość śląskiej tożsamości. Jak wskazał, dotychczas śląskość opierała się na pamięci komunikacyjnej – rodzinnym przekazie ustnym, z pokolenia na pokolenie, który dla jego pokolenia często stał w sprzeczności z oficjalną narracją szkolną. Taka pamięć ma jednak swój biologiczny kres i trwa maksymalnie około 80 lat.

Następnie wskazał, że jeśli ten żywy przekaz rodzinny nie zostanie na czas przekształcony w pamięć kulturową, utrwaloną praktycznie na zawsze w dziełach literatury, teatrze i sztuce, historia oraz specyfika regionu po prostu zanikną. Dlatego dzieła takie jak „Krzywy kościół” pełnią funkcję swego rodzaju „magazynu pamięci”, bo nawet jeśli dziś trafiają do stosunkowo wąskiego grona odbiorców, stanowią fundament i gwarant ciągłości pamięci zbiorowej dla przyszłych (w tym innych) pokoleń.

Pan profesor zgodził się następnie z Leszkiem Jodlińskim, że bez decyzji o charakterze politycznym – np. obecności edukacji regionalnej w programach szkolnych czy systemowej ochrony instytucjonalnej dla śląskiego – oddziaływanie samej kultury pozostanie ograniczone. Ponownie podkreślił, że współcześnie powstająca literatura i sztuka mają kluczowe, wręcz ratunkowe znaczenie dla przetrwania śląskiej tożsamości.


W dalszej części spotkania głos ponownie zabrał Leszek Jodliński, który skierował do Pejtra Długosza następujące pytanie: ile z tych książek, które wydałeś w ostatnich latach, uzyskało dofinansowanie i wsparcie państwa?

Następnie ekspert dodał, że zna odpowiedź (żadna książka nie uzyskała takiego wsparcia), i zwrócił uwagę, że rozwój oraz utrwalanie śląskości nie mogą ciągle opierać się wyłącznie na poświęceniu pasjonatów czy osób finansujących te działania z własnych środków.

Zwracając uwagę na swoje wykształcenie ekonomiczne, podkreślił, że dzieło budowania śląskiej tożsamości nie przetrwa, jeśli będzie zależne wyłącznie od entuzjastów nieoglądających się na rachunek ekonomiczny. Inicjatyw finansowanych z własnej kieszeni nie da się bowiem utrzymać na dłuższą metę bez wsparcia ze strony sfery publicznej.

Zauważył, że choć zdarzają się chlubne wyjątki (np. spektakle w teatrach samorządowych), państwo jako partner jest w przestrzeni wspierania śląskości nieobecne, zwłaszcza na rynku wydawniczym, w druku i promocji regionalnej literatury.

Podkreślił, że Ślązacy jako podatnicy mają pełne prawo oczekiwać, iż państwo będzie świadomie wspierać to, co dla lokalnej społeczności jest najważniejsze. Główną potrzebą i wyzwaniem politycznym pozostaje oficjalne uznanie wspólnoty śląskiej za mniejszość, co otworzyłoby prawne oraz finansowe możliwości stałego kultywowania śląskiej tradycji i języka.

Następnie ekspert wskazał, że instytucje kultury i niezależni wydawcy książek – podmioty mające do zrealizowania szeroki wachlarz zadań – potrzebują stabilnych mechanizmów wsparcia i dostępu do publicznych środków państwowych. Bez nich śląskość pozostanie na łasce wolnego rynku i prywatnego ryzyka – podsumował.


Prowadzący przyznał w tym miejscu, że działanie bez wsparcia instytucjonalnego jest na dłuższą metę niemożliwe. Zaznaczył jednak, że na zmianę ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych w Polsce (która dałaby solidne podstawy do finansowania przedsięwzięć wspierających śląską kulturę) nie ma obecnie żadnych szans (biorąc pod uwagę chociażby całkowitą nieprzychylność obecnego Prezydenta RP dla sprawy języka).


Odpowiadając na pytanie Leszka Jodlińskiego, właściciel wydawnictwa Silesia Progress przekazał, że w ciągu 20 lat działalności wydawnictwo wydało ponad sto książek i żaden z tych projektów nie otrzymał dofinansowania od państwa. Paradoksalnie, wydanie śląskich przekładów światowej klasyki, takich jak „Pippi” czy „Mikołajek”, sfinansowały instytucje zagraniczne: odpowiednio szwedzkie i francuskie ministerstwa kultury.

Ostatnio jednak, jak przekazał, pojawiły się pierwsze sygnały zmian, takie jak powstanie Instytutu Różnorodności Językowej Rzeczypospolitej w Warszawie, ale nowa oferta grantowa póki co budzi jego wątpliwości. Dokumentacja jest obecnie sformułowana na tyle niejasno i zawoalowanie, że trudno na dziś powiedzieć, czy wsparcie mogą uzyskać książki wydawanie w całość w języku śląskim.


Pozytywny przykład z czeskiego podwórka
Odnosząc się do wypowiedzi Leszka Jodlińskiego, pisarka Karin Lednicka wskazała, że skoro niemożliwe są reformy „od góry”, należy budować tożsamość od podstaw – „od dołu do góry”, tak jak sama robi w czeskich szkołach podstawowych i średnich.

Jak wyjaśniła, w ramach zajęć, które współtworzy, uczniowie odkrywają swoje korzenie, uczą się lokalnej historii i budują dumę z własnego pochodzenia. Młodzież nawiązuje przy tym współpracę z najstarszymi członkami rodzin, a nauczyciele raportują znaczące efekty. Jak przekazała, uczniowie nie tylko mocniej utożsamiają się z regionem, ale też poprawie ulegają relacje międzypokoleniowe w ich domach.

Pisarka podzieliła się z uczestnikami wydarzenia również bardzo optymistyczną wiadomością o otrzymanym zaproszeniu do Brukseli, gdzie na europejskim forum będzie opowiadać o śląskiej tożsamości i dziedzictwie. Jak wskazała, pokazuje to, że temat Śląska budzi zainteresowanie również na szczeblu międzynarodowym.

Słowa pisarki oraz zaprezentowany przez nią optymizm spotkały się z entuzjastyczną reakcją publiczności, która nagrodziła jej wystąpienie gromkimi oklaskami.


Następnie prowadzący oddał głos publiczności. Jeden z uczestników polecił książkę „Czasowniki śląskie”, która swego czasu była dostępna również w Silesia Progress.


Kolejny uczestnik, który wcześniej aktywnie brał udział w spotkaniu autorskim z pisarką, zwrócił uwagę, że wśród prelegentów zabrakło Jerzego Ciurloka, reprezentującego tę część Śląska, którą nazywa się „Śląskiem Zielonym” (do której zalicza się np. ziemię pszczyńską). Jak wyjaśnił, „Śląsk Zielony” różni się od „katowickiego” czy „gliwickiego”, gdyż jego mieszkańcy nadal często żyją w rodzinach wielopokoleniowych, w których śląskość przekazuje się w sposób naturalny.

Ten sam uczestnik poprosił też, by dać szansę Radzie Języka Śląskiego, której od 2026 roku przewodniczy profesor Jolanta Tambor. Podkreślił także znaczenie takich audycji jak „Korki ze śląskiego” w Radiu Katowice oraz studiów regionalnych, które od dłuższego czasu realizuje Uniwersytet Śląski – i które również dają dużą nadzieję na przyszłość.


Do tej kwestii odniosła się następnie inna uczestniczka, która na wstępie zauważyła, że w dotychczasowych wypowiedziach niektórych prelegentów było bardzo dużo pesymizmu (ze wskazaniem na dyrektora Jodlińskiego).

Odnosząc się do wspomnianego w trakcie spotkania „braku wsparcia systemowego”, zauważyła, że w pewnym zakresie już ono istnieje. Dowodem są wspomniane wcześniej studia regionalne, które okazały się istotne dla nauczycieli – po uzbrojeniu w dodatkową wiedzę angażują oni swoich uczniów w tematykę śląską. Budujące jest również to, że w mediach publicznych pojawiają się treści po śląsku i o Śląsku.

Następnie przekazała, że w pełni popiera działania i postulaty Karin Lednickiej (tę pracę u podstaw, którą pisarka realizuje), i nie skłania się ku czarnym wizjom przedstawianym przez część ekspertów. Wskazała, że choć sytuacja była inna, Polska również długo pozostawała pod zaborami, nie mając systemowego wsparcia dla swojej kultury, a mimo to przetrwała i wzmocniła się. „Apeluję do Państwa o odrobinę optymizmu” – powiedziała na zakończenie, za co została nagrodzona gromkimi brawami nie tylko ze strony publiczności, ale również autorki „Krzywego kościoła”.

Wcześniej w trakcie tej samej wypowiedzi uczestniczka zapytała Pejtra Długosza, czy zainteresowanie oferowanymi przez niego książkami rośnie z roku na rok i czy działalność ta jest opłacalna. Jak zauważyła, jeśli tak jest, oznacza to, że rynek zweryfikował potrzebę istnienia literatury w języku śląskim, a to byłby również optymistyczny prognostyk, świadczący o tym, że w tej kwestii system niekoniecznie musi komuś narzucać swoją wolę.


Pejter Długosz (nieco asekuracyjnie) odpowiedział, że w jego wypowiedziach również pojawiło się wiele optymistycznych nut. W kwestii sprzedaży wskazał, że jako wydawca działa jedynie po godzinach, gdyż z tytułu tej działalności nie mógłby się utrzymać.

Następnie wyjawił, że nie notuje obecnie gwałtownego wzrostu, jednak wie, iż rynek stale rośnie, co potwierdza zainteresowanie dużych wydawnictw. Coraz więcej ukazuje się książek po śląsku i na temat regionu, a zaczęły pojawiać się nawet tytuły „śląskopodobne”.

Ostatnio trafił na publikację opisywaną jako „pierwsza historia Śląska z perspektywy kobiet”, co zwróciło jego uwagę, ponieważ autor tych słów najwyraźniej nie wiedział, że pierwsza taka książka już się ukazała – to „Hanyska” Heleny Buchner.

Następnie wydawca przekazał, że ogólnie jest lepiej, książki są łatwiej dostępne, wyraził jednak nadzieję, że ten rozkwit nie zostanie z czasem rozwodniony przez projekty „śląskopodobne”, takie jak ten, o którym wspomniał.


Inny uczestnik, siedzący w jednym z pierwszych rzędów, odniósł się do słów Leszka Jodlińskiego oraz omówionej przez niego kwestii państwowego „mrożenia” kultury śląskiej.

Wskazał, że najlepszym tego przykładem jest stosunek przedstawicieli państwa do Ruchu Autonomii Śląska. Jak zauważył, wiele spośród działań dotyczących rozwoju śląskiej kultury wiąże się z ludźmi, którzy tworzą ten ruch wokół idei pogłębiania decentralizacji państwa. Jednocześnie podkreślił, że ruch ten jest przez dużą część polskiej sceny politycznej traktowany wyjątkowo niesprawiedliwie. Osobom z nim związanym stale przykleja się łatki, dla których trudno znaleźć potwierdzenie w faktach, podczas gdy za to, co udało się dzięki nim osiągnąć, powinny otrzymać nagrody. – Zamiast wyróżnień, ci ludzie dostają obelgi – zakończył.


Głos ponownie zabrał Jerzy Gorzelik, który zauważył, że debata ma miejsce w instytucji publicznej – Domu Kultury w Gostyni – finansowanej przez gminę Wyry („Super!” – dało się słyszeć z sali). Przypomniał też, że samorząd również mieści się w pojęciu państwa.

Następnie dodał, że podział środków między instytucjami centralnymi a samorządem jest skandalicznie nierówny, do czego niestety zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Przyznał też, że faktycznie istnieje możliwość wspierania śląskości na poziomie lokalnym czy nawet regionalnym, jednakże nawet jeśli ktoś zapewni nam „cieplarniane warunki”, to wzrostu nie będzie, jeśli nie podejmiemy oddolnej, rozsądnej aktywności.

Odnosząc się do wspomnianego przez uczestnika „Zielonego Śląska”, pan profesor wskazał, że fakt, iż w tej części regionu procesy te zachodzą wolniej (ze względu na zachowanie modelu rodziny wielopokoleniowej), nie oznacza, że nie zachodzą.

Następnie podał przykład Marszu na Zgodę: jeszcze w 2009 roku żyło kilkunastu dawnych więźniów znajdującego się tam obozu, którzy szli w marszu pamięci jako żywi świadkowie historii – obecnie jednak ich już wśród nas nie ma. Ci ludzie nie opowiedzą już swoich historii osobiście, ale – na szczęście – to, co ze sobą nieśli, zostało w porę przekute w teksty kultury: książki, relacje, pomniki, filmy czy sztuki teatralne.


Na koniec głos ponownie zabrał Leszek Jodliński, który jeszcze raz podkreślił, że jego zdaniem zaangażowanie państwa w kulturę śląską powinno być dużo większe. Dodał, że każdy samorząd – niezależnie od szczebla: gminnego, powiatowego czy wojewódzkiego – ma ustawowy obowiązek wspierania kultury. „Ta kultura to także kultura śląska. I właśnie pełnego wsparcia oczekuję” – zakończył.

Przedstawiciele samorządu obecni na sali
Dyskusji, której wnioski stanowią apel o zwiększenie nakładów na śląską kulturę przy zachowaniu działań oddolnych i aktywności samych Ślązaków, przysłuchiwali się przedstawiciele samorządu, dzięki którym wydarzenie było możliwe do zrealizowania: wójt gminy Wyry Joanna Pasierbek-Konieczny, wiceprzewodniczący Rady Gminy Wyry Tomasz Fityka i Mirosław Sikora oraz radny z Wyr Mikołaj Just.

Wśród gości spotkania znaleźli się także m.in.: współautorzy monografii Gostyni – Lidia Borowian-Cyba i Henryk Cyba, a także współautorzy książki o Wiktorze Szołtysku – Elżbieta Słomka i Henryk Szołtysek.

Patryk Fila
Patryk Fila

patrykfila[at]gostynslaska.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *