Na rowerach z Gostyni nad morze

Od dwóch tygodni niemal nieustanie w trasie. W upalnym słońcu i przy siekącym deszczu przemierzyli na rowerach przeszło 1,5 tys. km i właśnie dotarli do celu swojej podróży. Dwójka przyjaciół z Gostyni: Grzegorz Kozłowski i Marcin Świętochowski są już w nadmorskiej Ustce. Znają się niemal od zawsze, a rowerową pasję podzielają od około siedmiu lat. Wakacyjny wyjazd dookoła Polski, był dla nich nie tylko okazją do aktywnego wypoczynku i testem sprawności fizycznej, ale także do spotkania się z nigdy nie widzianą dotychczas rodziną. Gdzie byli, co zobaczyli i na jakie przygody natrafili w drodze nad Bałtyk?

W tą wymagającą rowerową wyprawę do Ustki wyruszyli z samego rana 15 czerwca z Gostyni. Ulicą Rybniką, Pszczyńska, a potem przez granicę powiatu i Górnego Śląska na wschód. Najpierw planowali rowerowy wyjazd do Czarnogóry, ale ostatecznie ze względów finansowych, zdecydowali się na pozostanie w kraju. Na decyzji zaważyły nie tylko atrakcyjne,  przedsezonowe ceny noclegów w gospodarstwach agroturystycznych i polach namiotowych, ale też możliwość spotkania z rodziną zamieszkującą wschodnią Polskę. – Na Czarnogórę jeszcze przyjdzie pora – zapowiadali zgodnie przed wyjazdem.

Pierwszym dużym punktem na trasie był Kraków, do którego przez Oświęcim dotarli pierwszego dnia. Krótka wizyta na starym mieście i noc pod namiotem. O świcie wyruszyli do Tarnowa, który okazał się bardzo ruchliwym miastem. Tam też pierwsza noc w gospodarstwie agroturystycznym. Kolejnego dnia w Hermanowej tuż pod Rzeszowem (województwo podkarpackie), zatrzymali się na dłużej u rodziny Marcina, gdzie nabrali sił do dalszej jazdy. A nie było im później lekko, bo w drodze do Księżpolu obok Biłgoraju (województwo lubelskie) przejazd utrudniła gwałtowna burza. Następnie obrali kierunek na Chełm, gdzie zatrzymali się z kolei u rodziny Grzegorza.

– Po wizycie w Chełmie, kierując się na Łuków, dojechaliśmy do Zagoździa. Tam zatrzymaliśmy się znów u rodziny Marcina. W drodze do Zagoździa, jadąc niemal cały czas w pełnym słońcu, pobiliśmy rekord tego wyjazdu, przejeżdżając 176 kilometrów. Wschodnią Polskę oceniamy jako bardzo przyjaźnie nastawianą do turystów. Najbardziej zachwycił nas jednak krajobraz. Wjeżdżając na ziemie lubelskie, widok zdominowały niemal niekończące się pola uprawne. Przejazd przez pagórkowate drogi pośród pól miał jedną wadę – bardzo się dłużył. Czasem w linii prostej jechaliśmy przez wiele kilometrów – wspomina Grzegorz.

Nie nadużywając gościnności rodziny, po spędzeniu dwóch dni w komfortowych warunkach, dwójka przyjaciół ruszyła dalej do Małkini Górnej obok Ostrowa Mazowieckiego. Następnego dnia, kierując się w stronę Ełku, zmienili trasę i zatrzymali się w miejscowości Nowe Guty, gdzie nocowali w przyczepie kempingowej z widokiem na jezioro Śniardwy. Kolejnego dnia dotarli do Giżycka i miejscowości Kietlice. Tam nocowali pod namiotem tuż nad brzegiem jeziora Mamry. W drodze do miasta Frombork następnego dnia, zaskoczyła ich gwałtowna ulewa, która uniemożliwiła dalszą podróż. Kiedy tylko dotarli do najbliżej osady, miejscowości Wojciechy, postanowili się zatrzymać. Tam byli zmuszeni spędzić noc na przystanku autobusowym. Następnego dnia warunki pogodowe na szczęście poprawiły się. Nie do końca wyspani ruszyli wreszcie do Fromborka, gdzie zatrzymali się na dłużej, aby móc wypocząć i zwiedzić miasto, w którym mieszkał słynny astronom Mikołaj Kopernik. Potem atak na Gdańsk, stare miasto i obowiązkowa wizyta pod fontanną Neptuna. W Trójmieście nocleg w schronisku młodzieżowym po bardzo okazjonalnej cenie. Następnego dnia mniej wymagający przejazd do Władysławowa, skąd wyruszyli do celu podróży – nadmorskiej Ustki.

– Podroż w zasadzie od początku przebiegała po naszej myśli. Mieliśmy kilka dni w zapasie, wiec niespodziewane gwałtowne ulewy, awarie czy przedłużający się pobyt u rodziny, nie miały dużego wpływu na harmonogram wyprawy. Ogólnie na rowerach spędzaliśmy codziennie od 8 do 10 godz., starając się robić przerwy co dwie godziny lub co 30 km. W ten sposób dziennie przemierzaliśmy 80-130 km. To ile udało się przejechać danego dnia, było w dużej mierze zależne od ukształtowania terenu i pogody. Nocleg to głownie domy agroturystyczne, pola kempingowe lub namiotowe. Pokonanie jednorazowo 100 km nie jest wymagające, niemniej dla nas, poza samą jazdą, równie zajmujące było zwiedzanie miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy – przyznaje Grzegorz.

I tak, podczas pobytu w Chełmie, dokładnie zwiedzili odkrywkową kopalnię kredy. Pod Giżyckiem, w miejscowości Kietlice, próbowali miejscowego specjału – piwa z dodatkiem soku z czarnego bzu. W województwie mazowieckim obowiązkowo zwiedzili obóz zagłady w Treblince. Interesująca była też dłuższa wizyta w Fromborku i Trójmieście.

Marcin i Grzegorz pozostaną w Ustce przez jeden tydzień. W planach m.in doroczny Festiwal Sztucznych Ogni, w którym chcą wziąć udział. Potem w drogę powrotną pociągiem do Katowic.

mapa

– Planowanie wyjazdu zajęło nam ogólnie ok. miesiąca. Samą trasę przejazdu Marcin wyznaczył w tydzień. Planowanie wiązało się przede wszystkim z koniecznością wyboru miejsc noclegowych, szacowaniem kosztów, ale też uzgodnieniem orientacyjnych terminów pobytu u rodziny. Kondycje szlifowaliśmy codziennie, jeżdżąc po najbliższej okolicy, pokonując na rowerach jednorazowo od 20 do 60 kilometrów – przyznaje Grzegorz.

Liczba zwiedzonych miejsc, napotkanych przygód czy ilość przejechanych kilometrów robią niemałe wrażenie. Wyprawa rowerowa z tylko najbardziej praktycznym bagażem okazuje się bardzo ciekawą alternatywą dla zorganizowanych wyjazdów oferowanych przez biura podróży. Czy jednak jest to opcja dostępna także dla przeciętnego człowieka, który dotychczas z roweru korzystał raczej okazjonalnie?

– Jak najbardziej tak! My też nie uważamy się za profesjonalistów. Tak naprawdę na podobny wyjazd może sobie pozwolić każdy, wystarczy po prostu lubić aktywnie spędzać czas, mieć w portfelu około 1000 zł (ale to zależny, czy chce się oszczędzać czy nocować w bardziej wygodny sposób), posiadać sprawny rower, za który jesteśmy pewni, a ponadto na wypadek awarii, zestaw odpowiednich narzędzi. Co do sprawności fizycznej, to w naszej ocenie, wystarczy regularnie trenować, stopniowo wybierając coraz to dłuższe trasy w okolicy swojego zamieszkania. To wystarczy, a przynajmniej nam wystarczyło – zapewniają zgodnie.

Jak przystało na prawdziwych pasjonatów, rowerowy wyjazd nad morze nie będzie ich jedyną wyprawą tego lata – na naszych cyklistów czeka jeszcze m.in Austria i Dolny Śląsk.

– W tym roku mamy plany związane z wyjazdem do Wiednia, a co do krótszych wypraw, to na pewno Wrocław i Wisła. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w przyszłym roku pojedziemy do Czarnogóry – zapowiada Grzegorz.

Zdjęcia z tej i innych wypraw można zobaczyć na fanpage’u: www.facebook.com/club.ProBike

fot. Grzegorz Kozłowski / facebook.com

Zobacz też